Powołałam ten blog do życia po to, aby motywować do życiowych zmian, koniecznych, aby wyjść z długów. Staram się, aby historie były inspirujące, zawierały wskazówki, lub też myśli do samodzielnego przetrawienia.

Zdecydowałam, że dzisiaj będzie nieco inaczej. Opowiem jeden dzień z mojego życia, aby czytelnik wiedział, że nie jestem jakąś supermanką i w ciągu lat wychodzenia z długów zdarzało mi się wiele strasznych, czarnych dni. Ten wpis najlepiej zrozumieją pewnie kobiety, matki, ale wierzę też we wrażliwość mężczyzn.

To był bardzo zimny lutowy dzień. Zbliżały się 2 urodziny mojej małej córeczki.

Mieszkałam kątem u mojej mamy – kątem to dużo powiedziane. Został mi udostępniony materac na podłodze. Jeden duży pokój zajmowała moja mama i mój ojczym, drugi, moja młodsza siostra.

Mimo fatalnego dzieciństwa, które zafundowała mi zarówno mama, jak i siostra, to właśnie u nich się schroniłam, gdy oprócz walki z długami podjęłam walkę o życie, uciekając setki kilometrów przed  partnerem, ojcem mojego dziecka – do czego zresztą cała rodzina cały czas mnie namawiała.

Więc jeśli wyobrażasz sobie, że oto mama przyjęła mnie pod swoje skrzydełka, pocieszyła, powiedziała „dziecko, zajmij się teraz swoimi sprawami, ja Ci pomogę,  zaopiekuję się dzieckiem” – to nie możesz się bardziej mylić.

Mama – wtedy na rencie – ojczym – na wcześniejszej emeryturze, zapewniali mi istną rosyjską ruletkę. Codziennie się zastanawiałam, co wymyślą tym razem. Czy coś zjadłam, czego nie powinnam? Czy zużywam za dużo prądu? Trzeba Ci wiedzieć, że co miesiąc, mimo długów i komorników na karku, dokładałam się do budżetu. Wyciągałam pieniądze, które mogłam dać wierzycielom i przeznaczałam na „święty spokój”, ale ile bym nie dała, zawsze okazywało się za mało.

Czasem, wychodząc do założonego na prędce sklepu, do którego przywiozłam towar wyprowadzając się z Warszawy i likwidując tam sklep, który przyniósł straty – moja mama pozwalała mi zostawić dziecko pod jej opieką.

Ale bywały dni, gdy akurat w momencie, gdy ja zbierałam się do wyjścia na autobus, moja mama strzelała focha z jej tylko znanych powodów. Aby mi zademonstrować, że nie mam co liczyć na jej pomoc, po prostu wychodziła z domu. I ten wyraz triumfu na jej twarzy. I wtedy moja córeczka musiała jechać ze mną do pracy w sklepie. Jeśli słysząc słowo sklep wyobrażasz sobie piękne ogrzewane wnętrze – to niestety, nie o taki sklep chodzi.

Tak naprawdę była to jakaś ciasna komórka między sklepami, ciemna, bez okien, bez toalety, bez ogrzewania. Siedziałyśmy tam 8 godzin, jak się dało to podgrzewałyśmy się farelką. Córka siusiała w pieluchę a ja? stawałam wysoko na palcach i sikałam do malutkiej umywalki. Płucząc ją potem obficie, żeby potencjalny klient nic nie wyczuł.

Ja siadałam na małym stołeczku, a moja córka jeśli chciała usiąść (a tak naprawdę musiała), siedziała w wózku parasolce.

Było zimno i ponuro, bo ta „komórka’ nie miała okien, tylko jedna mała żarówko – lampka zwisała z drewnianego sufitu.

Jadłyśmy jakieś zimne, tanie śmieciowe żarcie. Na szczęście jeszcze karmiłam piersią, więc pocieszam się, że córce nie brakowało jedzenia.

W domu mojej siostrze  przeszkadzało wszystko, łącznie z zapaleniem oskrzeli mojej córki. Darła się, trzaskała drzwiami i wraz z matką zamieniała moje życie w piekło.

Leżałam więc razem  z moją córką na tym materacu, z którego często uciekało powietrze, i zastanawiałam się, czy na pewno dobrze zrobiłam. Może zimny, agresywny i nieodpowiedzialny partner jest jednak lepszy od tej męki psychicznej, od tego upokorzenia.

Zamiast myśleć, jak zarobić więcej pieniędzy, jak wyjść z długów, co powiedzieć komornikom, wierzycielom, zastanawiałam się dokąd mam nas stąd zabrać. I wiedziałam, że nie mam dokąd.

Nie miałam mieszkania, zawsze wynajmowałam. Przez lata pracy w koncernie, gdy wracałam do domu o 22, nie myślałam o inwestowaniu w mieszkanie, które tak naprawdę i tak służyłoby za hotel. Potem poznałam ojca mojej córki, wynajęliśmy wspólne mieszkanie pod Warszawą.

Wiedziałam, że nie mam dokąd pójść, a mimo to pewnego dnia nie wytrzymałam. Upokorzono mnie do tego stopnia, że nie myślałam o tym, że nie mam gdzie iść, że nie mam pieniędzy, mam długi, nie będę miała co jeść.

Zapakowałam dwie duże torby podróżne, zabrałam marny wózek typu parasolka (taki z supermarketu, za 29 złotych, który w normalnych warunkach bardzo szybko się łamie).

Spróbuj zobaczyć ten obrazek. Ciemne zimowe popołudnie. Wokół śnieg po kolana. Ja pcham przez zaspy ten gówniany wózek i jest mi jeszcze ciężej bo na obu jego rączkach wiszą ciężkie torby z naszym dobytkiem. Małe, podwójne i tandetne kółka co chwile blokują się, bo wchodzi w nie śnieg. Więc muszę mocno napierać na wózek, żeby iść do przodu. Jest mi zimno, po policzkach płyną mi łzy, nie mam już sił, nie mam pomysłu, a moja córcia, głodna i zmarznięta płacze „do babci”.

Nawet po wielu latach, gdy już jesteśmy bezpieczne, piszę to, zanosząc się płaczem.

Czy jesteś sobie w stanie wyobrazić tę bezsilność?

Czy wiesz, co zrobiłabyś / zrobiłbyś na moim miejscu?

Chodziłam w kółko po tym niegościnnym mieście i łykałam łzy. Padał śnieg, więc nie było mi tak wstyd, że ktoś zobaczy moją mokrą twarz.

Byłam o krok od tego, aby razem z córką położyć się na śniegu i poddać się. Niech się dzieje, co chce.

W pewnej chwili przyszedł moment siły. Nie poddam się.

Zaryzykowałam. Ruszyłam do marnego, taniutkiego hotelu robotniczego. Byle tylko dziecku już było ciepło, żeby mogła odpocząć po tym kilkugodzinnym męczącym spacerze i usnąć obok mamy, wierząc, że wszystko jest w porządku, że to jakaś dziwna wycieczka.

Za hotel trzeba płacić, więc mogłam zrobić to tylko dlatego, że wzbudziłam w sobie wiarę w siebie, w to że sobie poradzę i nigdy się nie poddam, że dla mojej córki zrobię wszystko. Że do jutra coś wymyślę.

Nie wyobrażasz sobie, co się dzieje ze mną teraz, gdy przypominam sobie ten dzień. Takich dni miałam wiele. Moim największym celem było, aby moja córka nigdy się nie zorientowała, jak tragicznie wygląda nasze życie. Wiem od niej że nigdy nie poczuła biedy i braku bezpieczeństwa, że wspomina swoje dzieciństwo jako fajne i szczęśliwe.

Ale właśnie te najczarniejsze dni dawały mi moc i wiarę, że jednak zawsze sobie poradzę, że zawsze mogę na siebie liczyć – na rodzinę już trochę mniej.

Obejrzyj się za siebie i przypomnij sobie te wszystkie momenty, gdy myślałaś / myślałeś, że już po Tobie.

Skoro przetrwałeś tamto, przetrwasz i następne. Buduj w sobie siłę z tych ciężkich kamieni. Gdy nie ma z czego budować, dobre i to.

Mam nadzieję, że mimo wszystko nigdy nie przyjdzie Ci przeżyć tego, co przeszłam ja na mojej drodze wychodzenia z długów. Ale nawet jeśli spotka Cię coś złego, pamiętaj że i to minie.

[0]
możesz dodać do koszyka kolejny formularz lub przejść do finalizacji transakcji
0.00 zł Zapłać

Formularz zamówienia

NazwaCena
Anuluj
Better Pay - System sprzedaży dla WordPress!